Wizyta w Cern, czyli witaj Szwajcario!
Wrześniowe dni dłużyły się strasznie. Pewnego takiego popołudnia w domu czekała na mnie niespodziewana wiadomość- jeśli chcę, mogę jechać do Szwajcarii- do Cernu. Słyszałam już wcześniej wiele o tym ośrodku, wiedziałam też, że projekt Archimedes organizuje takie wyjazdy, jednak nawet przez myśl mi nie przeszło, że może to dotyczyć także mnie. Moje zdziwienie było tym większe, że wyjazd planowany był na 12 września, a więc zaledwie kilka dni później. Byłam zdumiona, ale też i bardzo podekscytowana- w końcu taka szansa może się już więcej nie powtórzyć.
Tym sposobem rankiem 12 września (niedziela) znalazłam się na placu pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Pomimo tego, że na miejsce dotarłam godzinę przed czasem, większość osób już tam była. Uczestnicy pochodzili z różnych regionów kraju, niektórzy mieli już za sobą kilka godzin jazdy. Po krótkim zapoznaniu i policyjnej kontroli autokaru ruszyliśmy w drogę. I ten etap chyba lepiej pominę, jako że te 35 godzin jazdy naprawdę nie wyróżniało się niczym szczególnym. Dobrze chociaż, że autokar nie był zaopatrzony w toaletę- przynajmniej na postojach mogliśmy rozprostować nogi i porozmawiać z innymi uczestnikami 😉
W poniedziałek po południu znaleźliśmy się w końcu w Genewie. Po tylu godzinach jazdy trudno nam było uwierzyć, że w końcu dotarliśmy na miejsce. Koniec jazdy uczciliśmy pysznym ( i zapewne drogim) obiadem w restauracji olimpijskiej z oknami wychodzącymi na Jezioro Genewskie. Krajobraz był naprawdę oszałamiający- od zawsze rozbrajał mnie widok wody na tle gór, czułam się więc jak w innym świecie. Po chwili relaksu i zrobieniu paru zdjęć ruszyliśmy w dalszą drogę ( na szczęście tym razem już nie tak daleką). Po przekroczeniu granicy francuskiej dotarliśmy do hotelu w Annemasse. Miłym zaskoczeniem był dla nas standard zakwaterowania- w pełni wyposażone trzyosobowe pokoje w trzygwiazdkowym hotelu to nie to, do czego przywykliśmy.
Wieczorem sporą grupą spotkaliśmy się w jednym z pokoi. Z chwili na chwilę zbierało się coraz więcej osób. Dogadywaliśmy się ze sobą świetnie. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby w jednym niedużym pokoju, bez żadnego przymusu, znalazło się ok. 35 prawie nie znających się osób! Zintegrowaliśmy się naprawdę błyskawicznie- to właśnie naszych dziwnych rozmów i wieczorowych spotkań brakuje mi teraz najbardziej.
We wtorek wczesnym rankiem budzik wyrwał nas ze snu. Jak dobrze było przespać się w wygodnym łóżku! Niestety, choć dla niektórych ( w tym i dla mnie) to jeszcze noc, pora wstać. Po śniadaniu (rogalik francuski) wyruszyliśmy na podbój naukowego świata. Po krótkim wykładzie wprowadzającym kilku Polaków pracujących obecnie w ośrodku pokazało nam niektóre z cernowskich maszyn. Biorąc pod uwagę wielkość cząstek elementarnych ( a głównie ich zderzaniem zajmuje się Cern) rozmiary urządzeń są naprawdę oszałamiające. Przykładowo najbardziej chyba znany Wielki Zderzacz Hadronów (LHC) mierzy aż 27 km długości (Po co? Po to, żeby cząstki nie traciły swej prędkości na zakrętach, co nam wyjaśnił dokładniej jeden z naszych uzdolnionych rodaków) !
Tego dnia obiad zjedliśmy na terenie Cern. Stołówka była ogromna, a stoisk z daniami mnóstwo, więc początkowo nawet tu trudno nam się było odnaleźć. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu ludzi różnych narodowości w jednym pomieszczeniu- to ewidentnie świadczy o tym, jak ciekawy i pociągający jest Cern. Po obiedzie wybraliśmy się na zwiedzanie Genewy. Nasz pan przewodnik pokazał nam najciekawsze miejsca, a na koniec zaprowadził na wieżę widokową, z której widać całą panoramę miasta, w tym także słynną Jet d’Eau– największą fontannę w Europie.
W środę po śniadaniu (rogalik francuski) znów ruszyliśmy w kierunku w Cern. Tym razem dowiedzieliśmy się jak zbudowana jest materia oraz czym dokładniej zajmuje się ośrodek. Nasz wykładowca opowiedział nam także o ważnych odkryciach i najnowszych badaniach naukowych. Później zwiedzaliśmy Cern. Odwiedziliśmy salę monitoringu oraz posłuchaliśmy wykładu o akceleratorach. Zespół akceleratorów w Cern-ie jest jednym z najbardziej uniwersalnych na świecie. W jego skład wchodzą zarówno przyspieszacze, jak i zderzacze cząstek elementarnych i wykorzystywane są wiązki elektronów, pozytonów, protonów, antyprotonów a także „ciężkich jonów” (jąder atomów np. tlenu, siarki lub ołowiu). Słynnego LHC niestety nie udało nam się zobaczyć – tego dnia był używany. Akcelerator ten jest największym działającym zderzaczem cząstek elementarnych w Europie. W pierścieniu o obwodzie 27 km, znajdującym się około 100 m pod ziemią, paczki elektronów i pozytonów (antyelektronów) krążą w przeciwnych kierunkach przyspieszone prawie do prędkości światła. Gdy elektron i pozyton znajdują się dostatecznie blisko siebie, to znikają w procesie anihilacji, pozostawiając po sobie po prostu energię. Prawie natychmiast energia ta zamienia się z powrotem na cząstki elementarne w taki sam sposób, jak działo się to w okresie powstawania Wszechświata.
Po obiedzie ruszyliśmy w stronę francuskiego miasteczka Chamonix. Widoki z okna autokaru dosłownie zapierały dech w piersiach- w miarę zbliżania się do celu góry zdawały się nas coraz bardziej otaczać. W Chamonix obiecany mieliśmy wjazd kolejką na Aguile du Midi. Po dotarciu na miejsce naszym oczom ukazała się niewielka zielona górka. Pewni, że to właśnie jest cel naszej dwugodzinnej podróży straciliśmy cały zapał i chęć na wjazd. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej przychylna- nasza „górka” okazała się mierzyć 3842 m i aby wjechać na sam szczyt musieliśmy korzystać z dwóch różnych wyciągów. Widok z góry był oszałamiający. Zgodnie uznaliśmy, że dla takiego przeżycia warto było siedzieć ponad 30 godzin w autokarze. Pomimo przenikliwego chłodu, jaki panował na szczycie, nie mieliśmy ochoty wracać. Czas jednak naglił i po ostatnim spojrzeniu na zachwycającą panoramę Mont Blanc ruszyliśmy w kierunku kolejki. Na dole, wciąż jeszcze oszołomieni widokami zwiedziliśmy piękne miasteczko Chamonix. Położenie było naprawdę prześliczne- z każdej strony otaczały nas góry. Wieczorem zjedliśmy pyszną kolację we francuskiej restauracji i ruszyliśmy na naszą ostatnią hotelową noc.
Rankiem po śniadaniu (tak, tak, rogalik francuski) zaspani i niechętni wsiedliśmy do autokaru. Nie chcieliśmy wyjeżdżać, a myśl o spędzeniu kolejnych dwóch dni w podróży też nie była mobilizująca. Mimo to, trzeba było ruszać. Po drodze zwiedziliśmy stolicę Szwajcarii- Berno. Zobaczyliśmy tam kilka niedźwiadków oraz dziwny pomnik „dzieciożercy”. Na drodze do Lucerny stało się jednak coś, czego nikt się nie przewidywał- nasz autokar zepsuł się na środku ulicy! Na szczęście w pobliży znajdowało się duże zakole- prawdopodobnie ( sądząc po pięknym krajobrazie) był to punkt widokowy. Te kilka godzin oczekiwania spędziliśmy głównie na graniu w karty. Być może zabrzmi to dość absurdalnie, ale takie dni też są potrzebne ( Spędziliśmy ze sobą sporo czasu, odpoczęliśmy po napiętym grafiku wycieczki. Na szczęście pogoda dopisała- było ciepło, słonecznie i co najważniejsze, sucho. Po jakimś czasie zjawiła się policja i przywiozła nam wodę :P. Chwilę po tym dostaliśmy autokar zastępczy, który dowiózł nas na obiad w Lucernie, gdzie już spokojnie mogliśmy poczekać na nasz autokar. Naprawa nie trwała zbyt długo, więc jeszcze tego samego dnia wieczorem ruszyliśmy w kierunku Polski. Dalszą drogę pokonaliśmy już bez przeszkód i w piątek ok. godziny 18 znaleźliśmy się znów przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie.
Była to naprawdę niesamowita, niezapomniana przygoda i wierzę, że przyjaźnie, które tam nawiązaliśmy przetrwają jeszcze wiele, wiele lat. Nie był to pierwszy ani ostatni wyjazd tego typu z mojej szkoły w ramach projektu Archimedes – wiosną Cern odwiedził Łukasz Łożecki, a za kilka dni wyjeżdża Emilia Ilczuk. Na własnej skórze doświadczyłam na czym to polega i mogę z czystym sercem powiedzieć: Oby więcej takich wyjazdów!
by więc
